sobota, 5 grudnia 2015

Marzenie numer 23: Skończyć wyposażanie obecnego mieszkania

Za kilka dni minie rok od pierwszej nocy spędzonej w moim własnym mieszkaniu. Kiedy się tu wprowadzałam, miałam tylko materac do spania i łazienkę. Nie było nawet drzwi, nie było pół czegokolwiek w kuchni, a podłoga służyła za mebel uniwersalny - stół, biurko, kuchnię, szafę i łóżko w jednym.
Spisałam wtedy listę zakupów. Znalazły się na niej niezbędne sprzęty, urządzenia, meble, raczej tylko te konkretne, praktyczne rzeczy. Lista była przerażająco długa i, co jeszcze straszniejsze, bardzo droga. Beznadziejnie droga i zupełnie poza zasięgiem.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale udało się. Wyposażyłam mieszkanie we wszystko, co znalazło się na mojej liście zakupów. Wczoraj skręciłam ostatnie zaplanowane meble, czyli łóżko i komodę. Trochę nie wierzę w to, jaką metamorfozę przeszło to mieszkanie od dnia zakupu do dziś. Popatrzcie.




Ktoś mi niedawno napisał, że ceni mnie za to, jaką jestem silną i niezależną kobietą. Tak. Jestem. Przynajmniej na zewnątrz.


niedziela, 18 października 2015

100 marzeń



W ramach walki z silną depresją. Może kiedyś sobie pójdzie.


100 marzeń

1. Polecieć paralotnią
2. Pojechać nad Bałtyk zimą
3. Polecieć do Meksyku
4. Polecieć na Islandię
5. Zobaczyć zorzę polarną
6. Wybudować dom
7. Adoptować kota
8. Ważyć 59kg
9. Polecieć do Indii
10. Kochać i być kochaną
11. Zobaczyć Wielki Kanion
12. Spłacić wszystkie obecne długi
13. Spotkać Gordona Ramsaya
14. Polecieć do Argentyny
15. Przebiec 10km bez zatrzymywania
16. Uratować komuś życie
17. Polecieć do Japonii
18. Zwiedzić Pragę
19. Zmienić pracę
20. Wysłuchać koncertu sir Simona Rattle’a na żywo
21. Wytrzymać 365 dni bez papierosa
22. Nauczyć się języka włoskiego
23. Skończyć wyposażanie obecnego mieszkania
24. Polecieć do Rzymu
25. Polecieć do Barcelony
26. Polecieć do Portugalii
27. Pojechać na koncert Sigur Ros
28. Wyprzedać lub rozdać niepotrzebne przedmioty
29. Przeczytać wszystkie książki Pratchetta
30. Dokończyć przeprowadzkę
31. Zadbać o kręgosłup
32. Zrobić prawo jazdy kategorii A
33. Kupić motor
34. Spełnić marzenie mojego przyjaciela
35. Polecieć do Peru
36. Nauczyć się grać na akordeonie
37. Stać się dla kogoś kimś ważnym
38. Polecieć do Londynu
39. Odwiedzić jeden z parków Six Flags
40. Pojechać na koncert Bjork
41. Zostać wolontariuszem
42. Uwierzyć w siebie
43. Wyregulować swój zegar biologiczny
44. Nauczyć się stania na głowie/rękach
45. Ułożyć kostkę Rubika w 30 sekund
46. Pojechać na wyprawę rowerową
47. Odzyskać równowagę
48. Nauczyć się języka hiszpańskiego
49. Odłożyć pieniądze na starość
50. Naprawić kolana
51. Wzruszyć kogoś
52. Znaleźć nowe hobby
53. Sprawić, że ojciec będzie ze mnie dumny
54. Odnowić starą, zaniedbaną znajomość
55. Nauczyć się jak nie marnować czasu
56. Znaleźć codzienny rytuał 
57. Znaleźć powód do uśmiechu
58. Wyleczyć się z depresji
59. Polecieć do Norwegii
60. Adoptować psa
61. Nauczyć się tańczyć
62. Zagrać joba na ulicy
63. Pojechać na Mazury
64. Pojechać na wakacje kamperem 
65. Nauczyć się pływać
66. Mieć mały sad
67. Nauczyć się przyszywania guzików
68. Przestać bać się ludzi
69. Nauczyć się robić makijaż
70. Nakręcić film
71. Pobiec w Biegu Wegańskim
72. Nauczyć się jeździć samochodem
73. Polecieć do Amsterdamu
74. Przejść wszystkie szlaki w Karkonoszach
75. Przejść wszystkie szlaki w Bieszczadach
76. Pojechać do Heide Parku
77. Mieć spiżarnię
78. Kupić slowjuicer
79. Polecieć do Bukaresztu
80. Polecieć do Amritsaru
81. Mieć garderobę
82. Wyremontować piwnicę
83. Nauczyć się jeździć na nartach
84. Kupić Mini Coopera
85. Spędzić noc na plaży
86. Znaleźć kesze w 30 różnych krajach
87. Móc dosięgnąć do podłogi całymi dłońmi przy wyprostowanych nogach
88. Kupić sukienkę wieczorową i w niej wystąpić
89. Zobaczyć Stonehenge
90. Napisać książkę dla dzieci
91. Zjeść pizzę w Rzymie
92. Spędzić święta w górach
93. Odwiedzić pokój zagadek
94. Zjeść winogrona z własnego balkonu
95. Nie mieszkać sama
96. Mieć dziecko
97. Mieć portfel i umieć z niego korzystać
98. Nauczyć się chodzić w szpilkach
99. Znaleźć garść bursztynów
100.  Umrzeć, będąc szczęśliwą


.


piątek, 11 września 2015

Pikantna zupa krem z papryki i pomidorów z czerwoną fasolą

Przespałam pół dnia i poczułam, że muszę się w końcu obudzić. Ugotowałam zupę, która błyskawicznie postawiła mnie na nogi.


Składniki na 4 porcje:
1 łyżka oliwy
2 cebule
4 ząbki czosnku
4 duże papryki
4 duże pomidory
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka chilli
1 puszka czerwonej fasoli

W sporym garnku rozgrzej oliwę, podsmaż na niej pokrojone cebule, ząbki czosnku, papryki i pomidory, dodaj sól i chilli, zamieszaj i gotuj na małym ogniu przez 30 minut. Po tym czasie zmiksuj warzywa na gładką zupę i dodaj wypłukaną fasolę.

sobota, 29 sierpnia 2015

Maca

Kiedy byłam mała i jeździłam na wakacje do prababci, maca była wielką atrakcją dla wszystkich dzieci. Piekliśmy ją na starym piecu z fajerkami, zawsze przy okazji przygotowywania domowego makaronu. 
W miejskich warunkach, bez pieca, też da się ją bez problemu przygotować. Wystarczy płat ciasta makaronowego lub, jak w tym przypadku, pierogowego i sucha, dobrze rozgrzana patelnia. 
Można macę wykorzystać do przyrządzenia kanapek, zjeść ją, maczając w dipie, albo taką po prostu - na sucho. 


Składniki:
150g mąki
spora szczypta soli
1/2 szklanki wrzątku
1 łyżka oleju

Zmieszaj mąkę z solą, zalej wrzątkiem, dodaj olej. Bardzo dokładnie wyrób ciasto - powinno być miękkie i elastyczne. Rozwałkuj ciasto na płat o grubości 1-2mm, potnij na grube pasy i smaż na dobrze rozgrzanej, suchej patelni przez minutę z każdej strony.

środa, 26 sierpnia 2015

Kolorowe Jeziorka

Kończą się wakacje, więc wklejam zdjęcia z wyprawy, w którą ruszyliśmy już jakiś czas temu.
O Kolorowych Jeziorkach poczytacie tu: KLIK, a ja już nic nie mówię, niech zdjęcia mówią za mnie.





















poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Kompot z mirabelek

Mój tato opowiedział mi dzisiaj, jak jego sąsiedzi patrzyli na niego z niedowierzaniem i trochę jak na dziwoląga. Dlaczego? Bo pielił po zewnętrznej stronie swojego płotu. Bo pielił w ogóle. Ponarzekaliśmy sobie potem na ludzi, że z własnego lenistwa nie mają często satysfakcji z życia i nie potrafią docenić czyjejś pracy. Albo że z czystej głupoty i bezmyślności bazgrzą sprayami w parku narodowym (i tych sprayów nie ma potem czym wyczyścić, bo to park narodowy i chemikalia nie wchodzą w grę). Albo że kościół wygłasza mocno nieaktualne rzeczy. Albo że nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Takie tam.
W tym roku pierwszy raz w życiu robię przetwory na zimę. Takie do słoiczków, do szafki i do piwnicy. Kilka razy usłyszałam w związku z tym pytanie w stylu: "chce ci się?!" albo zdanie: "mi by się nie chciało". Ano, chce mi się. I nie dlatego, że tak jest taniej (bo często nie jest), albo smaczniej niż w sklepie (o tym przekonam się dopiero zimą). Chce mi się, tak po prostu, dla samej satysfakcji. Dla tego zimowego dnia, w którym otworzę słoik i poczuję lato.
A teraz do rzeczy. Przedstawiam Wam dzisiaj przepis na najłatwiejszy przetwór świata. Prawie nic nie trzeba robić. Kompot z mirabelek, który wygląda tak:



Składniki:
mirabelki (żółte, czerwone, mieszane, jakie chcesz)
cukier trzcinowy

Mirabelki umyj i całe, niedrylowane, umieść dość ciasno w słoikach. Do każdego słoika wsyp cukier (1 łyżka na każde 1/2 litra słoika). Zalej mirabelki wrzątkiem. Zakręć słoiki i ustaw do góry dnem. Kiedy napełnisz tak wszystkie słoiki, wstaw je (w normalnej pozycji, zakrętką do góry) do zimnego piekarnika, ustaw temperaturę na 130 stopni. Od momentu nagrzania piekarnika odlicz 30 minut. Po tym czasie wyłącz go, a słoiki z kompotem zostaw wewnątrz do wystygnięcia.

sobota, 8 sierpnia 2015

Lody pomidorowe

Tak, tak, pomidorowe. :)
Inspiracja przyszła trochę naokoło. 
Oglądam szóstą serię amerykańskiego Masterchefa, bo Gordon Ramsay nadal jest <3 (i jego wellington w seitanowej wersji ma szansę pojawić się na moim blogu). W którymś odcinku jeden z uczestników smażył owoce, żeby nimi wykończyć potrawę. Tak pięknie to wyglądało, że pomyślałam o usmażeniu dżemu. Szybko obiegłam myślą swoją pustawą kuchnię i okazało się, że niczego na ten dżem nie mam, a do sklepu pójść w taki skwar absolutnie nie chciałam. Wtedy do głowy wpadło mi wspomnienie zwycięzcy poprzedniej edycji amerykańskiego Masterchefa. Luca <3 w finale przygotował konfiturę z pomidorów, czym bezapelacyjnie wygrał. A że akurat rano narwałam pomidorów z mojego balkonowego krzaczka i jeszcze trochę miałam kupnych z bazaru, wzięłam się do roboty. Usmażyłam dżem, wystudziłam, a wtedy dotarło do mnie, że nie mam go z czym zjeść, bo pieczywa brak, a stanie przy naleśnikowej patelni byłby horrorem klasy C. Z zakamarków wytargałam więc mleko kokosowe i ukręciłam pomidorowe lody. Koniec historii.
Lody są niezwykłe, słodkie i aromatyczne. Najpierw wyczuwalny jest smak podobny do truskawek, później przebija się cynamonowa nuta, a na koniec słodki smak pomidorów. 
Spróbujcie sami. :)


Składniki na około 8 gałek:
750g dojrzałych pomidorów
6 łyżek cukru trzcinowego
3/4 łyżeczki cynamonu
sok z 1 cytryny
szczypta soli
gęsta część z 1 puszki mleka kokosowego

Pomidory pokrój w kostkę, umieść w garnku o grubym dnie, zasyp cukrem i cynamonem. Gotuj na średnim ogniu przez 30 minut (bez przykrycia). Po tym czasie zmiksuj blenderem i gotuj przez kolejne 30 minut, od czasu do czasu mieszając. Kiedy pomidory mocno zgęstnieją, przetrzyj je przez gęste sito, żeby pozbyć się pestek i skórek. Zostaw do ostygnięcia. Gotowe pomidory zmieszaj z sokiem z cytryny, szczyptą soli i gęstą częścią mleka kokosowego. Miksturę wstaw do lodówki na 2-3 godziny. Po tym czasie zamieszaj masę i włóż do zamrażarki - od tego czasu co godzinę przez 6 godzin wyjmuj lody i mieszaj zamarzającą masę łyżką, zaczynając od brzegów, tam lody zamarzają najszybciej. Mieszaj dokładnie - im lepiej i dokładniej pomieszasz i napowietrzysz masę, tym lepsze lody wyjdą.
A jeśli masz maszynkę do lodów, sprawa jest łatwiejsza - schłodzoną w lodówce masę przelej do maszynki do lodów, włącz ją i czekaj. 
I już.

środa, 5 sierpnia 2015

Pikantne leczo na zimę

Zmieniłam się w kurę domową i robię przetwory na zimę. Mam już kilka słoików keczupu łagodnego, kilka słoików keczupu pikantnego, w planach jeszcze dżemy i inne pyszne rzeczy.
Wczoraj w nocy, kiedy było już na tyle mniej upalnie, żeby można było cokolwiek ugotować, zamknęłam w słoikach pikantne leczo, które wspaniale będzie zjeść w środku zimy.


Składniki na 5 słoików o pojemności 500ml:
2 łyżki oleju
250g cebuli
4 ząbki czosnku
500g czerwonej papryki
1 ostra papryczka
750g cukinii
1500g bardzo dojrzałych pomidorów
1 czubata łyżeczka słodkiej papryki
sól

W bardzo dużym garnku rozgrzej olej i uduś na nim pokrojoną w kostkę cebulę i pokrojone w plasterki ząbki czosnku. Z papryki usuń gniazdo nasienne, pokrój ją w dość grubą kostkę i wrzuć do garnka. Dodaj poszatkowaną ostrą papryczkę. Wszystko zamieszaj i duś kilka minut pod przykryciem. Obierz cukinię, pokrój w grubą kostkę i wrzuć do garnka. Znów zamieszaj. Pomidory sparz, obierz ze skórki, podziel na ćwiartki, dorzuć do reszty warzyw, posyp papryką, zamieszaj i gotuj na średnim ogniu, pod przykryciem, przez 25 minut. Kiedy pomidory się rozpadną, dopraw potrawę solą, dokładnie wymieszaj i gotuj przez kolejne 5 minut. Po tym czasie włóż gorące leczo do słoików, porządnie je zakręć i postaw do góry nogami. Kiedy napełnisz ostatni słoik, ustaw wszystkie w zimnym piekarniku na kratce (pokrywką do góry) i nastaw piec na 120 stopni. Od momentu, w którym się nagrzeje, odlicz 30 minut. Po tym czasie wyłącz piekarnik, a słoikom pozwól wystygnąć w jego wnętrzu. Kiedy wystygną, leczo będzie gotowe.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Purée z młodych ziemniaków ze szczypiorkiem.

Ostatnio jest to mój ulubiony sposób na ziemniaki, bo niewiele trzeba, a smakują świetnie. Mogą być samodzielnym posiłkiem (tak je najczęściej jadam), albo częścią obiadu. 


Składniki na 2 porcje:
350g młodych ziemniaków
szczypta soli
szczypta pieprzu
szczypta gałki muszkatołowej
sok z 1/2 cytryny
1 łyżeczka oliwy z oliwek
1 łyżka mleka roślinnego
dużo szczypiorku

Ziemniaki dokładnie wyszoruj i ugotuj na parze. Kiedy będą miękkie, utłucz je z dodatkiem soli, pieprzu, gałki, soku z cytryny, oliwy i mleka. Gotowe purée obficie posyp szczypiorkiem.

piątek, 31 lipca 2015

Antwerpia

Nie wiem, kiedy to zleciało, ale za mną pięć pełnych lat pracy w szkole. Początki nie były ani łatwe, ani satysfakcjonujące finansowo. Nadal nie jest kolorowo pod tym względem, ale, przy odpowiednim gospodarowaniu, dwunastogodzinnej tyrze, łapaniu dodatkowych chałtur, i uporze ciułacza, stać mnie na wiele. Myk myk i wakacje. Uff.
W tym roku wybraliśmy się z moim lubym do Antwerpii. Oto fotorelacja z podróży.


Po kilkunastu godzinach jazdy autobusem dotarliśmy do Antwerpii o 6 rano. Od razu zafundowaliśmy sobie niemal siedmiokilometrowy spacer z walizkami na kółkach. Obudziliśmy pół miasta. Pozdrawiamy tych, którzy się przez nas nie wyspali (a była to sobota).


Po drodze spotkaliśmy parking rowerowy.


I piekarnię. 
I mnóstwo innych rzeczy, których nie uwieczniłam na zdjęciach, bo jedyne, o czym wtedy marzyłam, to odpoczynek, drzemka, cokolwiek. 


Zwiedzanie rozpoczęliśmy od dworca kolejowego, który zapiera dech.




Jest kilkupoziomowy, ogromny.


A pani na dworcu mieli owocki. 


Poszliśmy na dzielnicę diamentową, gdzie żydzi sprzedają biżuterię. Szczerze mówiąc, poza synagogą wciśniętą między wysokie budynki, nic tam ciekawego nie ma. No, może gdyby było nas stać na tę biżuterię i chcielibyśmy ją jeszcze kupić... Ale pierścionki za 6000€ to nie jest coś, o czym marzę i czego potrzebuję. Szybko poszliśmy więc dalej.


Odwiedziliśmy miejski park, gdzie jest ładnie i spokojnie. Jest duży plac zabaw dla dzieci, skatepark, pomniki, jeziorka, a po trawie kicają króliki. Pospacerowaliśmy, posiedzieli na ławeczce.


A to pomnik psa. 


A to pomnik van Dycka, pod którym siadaliśmy celem zjedzenia czekolady i stroopwafli. 
Ale o tym później.


Odwiedziliśmy dom Rubensa z pozłacaną skórą na ścianach i z biustami ręcznie malowanymi na kuchennych kafelkach. W złotych ramach złote obrazy, Polacy przyjmujący słowiańskie pozy do zdjęć pod malunkiem. 
I to niedokończonym. 


A to my.


Pod katedrą grał wesoły kataryniarz. Dziadziuś, a energii miał za trzech. 

Boczne uliczki.


A to pomnik Silviusa Brabo, który odciął rękę olbrzymowi. 
O Silviusie przeczytacie choćby tu: KLIK 


W pałacu na rogu Meir i Wapper można wejść do sklepu z belgijską czekoladą i obejrzeć jak za szybą panowie przygotowują czekoladki. A potem można je kupić za grube pieniądze. 
Czekoladki nie były wegańskie, więc problem z głowy ;)




W drodze do wąskiej uliczki, o której byśmy nawet nie wiedzieli, gdyby nam miejscowi nie pokazali palcem. A to chyba najbardziej urocze miejsce w całej Antwerpii, jaką nam się udało poznać.








Widok na port. 


W Antwerpii można przejść pod rzeką. Wystarczy znaleźć wejście do tunelu, zjechać starymi, drewnianymi schodami ruchomymi i się idzie.


I idzie.


I idzie.


A potem się ogląda Antwerpię zza rzeki.


Cosmogolem też ją ciągle ogląda.


Na szczycie Museum aan de Stroom jest taras widokowy.


Samego muzeum nie udało nam się zwiedzić, bo było już zamknięte. W ogóle trudno nam się było rozeznać, kiedy co będzie otwarte, bo nie ma tam reguły. Są obiekty zamknięte na przykład we wtorki, niektóre sklepy nie działają w czwartki, a w międzyczasie jest święto państwowe, o którym turysta dowiaduje się, kiedy się odbija od zamkniętych drzwi restauracji. 


Brama prowadząca do China Town. 


Świetnie zaopatrzony chiński market z jedzeniem. Mogłabym tam zamieszkać. I kupić niemal wszystko. Ograniczyłam się do kilku produktów spożywczych i bambusowych koszyczków do gotowania na parze. Bardzo polecam.

W Antwerpii zobaczyliśmy oczywiście dużo więcej, niż tu pokazałam. Jedźcie i zobaczcie na własne oczy, bo zdjęcia wrażeń nigdy nie oddadzą. Jedyne, czego żałuję, to fakt, że geocaching się nam nie udał. Każde podejście skończyło się fiaskiem. A może zabrakło nam cierpliwości? 
Nie wiadomo.

To jeszcze o jedzeniu. Mieszkaliśmy w domu u przyjaciela mojego chłopca. Stołowaliśmy się więc głównie sami, pichciliśmy, lepiliśmy pierogi. Chcieliśmy odwiedzić wszystkie wegańskie bary i restauracje w mieście, ale albo były zamknięte, albo za drogie, albo "wrócimy tu później", ale nie wracaliśmy. Ale:


Byliśmy na falafelach u Turka (hummus marzenie).


Jedliśmy pyszne lody. Sorbety z mango i z żurawiny najlepsze.


W chińskim markecie kupiliśmy sojowe ciasteczko. Zaskakująco dobre, delikatne, nie za słodkie, nie spodziewaliśmy się, że może być aż tak smaczne.


W eko sklepie zdobyliśmy jogurty, stroopwafle (dwa lata o nich marzyłam!).


I czekoladę <3


W zwykłym supermarkecie znaleźliśmy wegańskie lody waniliowe, które były osom.

Ale przede wszystkim najwszyściejszym:


Frytki. Mnóstwo frytek. W końcu Belgia jest krajem frytek. Nawet magnesik na lodówkę można kupić frytkowy. Tradycyjnie jada się je tam z majonezem. 
Z przyczyn oczywistych w naszych kubeczkach keczupy.


A to zdobycze, które przywiozłam do domu. Ciasteczka imbirowe, złote czekolady, ciastka korzenne, stroopwafli cały zapas, majonez, green curry, red curry, wegański beszamel, bananowe mleko Alpro, budynie karmelowe i ciasteczkowe, chrupki, chiński makaron, belgijskie czekoladki dla mamy, bambusowe koszyczki do gotowania na parze.

A przede wszystkim wspomnienia. I dla nich warto tyrać przez cały rok i ciułać złotówkę do złotówki. O nich warto myśleć, kiedy w pracy jest ciężej. A potem jechać i zbierać nowe wspomnienia.

Róbcie to.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...