sobota, 30 marca 2013

Kurdyjskie opowieści

Post ten odkładam wciąż na później, bo wciąż nie wiem, od czego zacząć tę opowieść. Mam w głowie ogrom obrazów, dźwięków i zapachów związanych z irackim Kurdystanem, mam też uczucie zmęczenia i totalnej niechęci do podróży po dwóch wielogodzinnych pobytach na dubajskim lotnisku.
Zobaczyłam kawałek świata tak innego od mojego, że po powrocie czuję jakąś monotonię i
przewidywalność codzienności. Nagle okazało się, że Polacy jeżdżą nadzwyczaj przepisowo i powoli, że kupowanie w polskich sklepach, gdzie z góry zna się cenę (i nie ma się problemu z jej odczytaniem, bo nie jest zapisana robaczkami), pozbawione jest dreszczyku emocji i niepewności, a chodzenie w zimowej kurtce, czapce, rękawiczkach i szaliku, kiedy w dalekim kraju udało mi się spalić twarz, ramiona i dekolt w upalnym słońcu, jest wręcz irytujące...
Podróż do Sulejmanii była długa - trwała niemal dwie doby. Początkowo była też nieco stresująca, bo musiałam przewieźć w bagażu podręcznym akordeon, który przekraczał wszelkie normy wymiarowo-wagowe. Dodatkowym problemem była perspektywa głodowania przez dwie doby, bo to nie ja bukowałam bilet, wobec czego nie mogłam zamówić do samolotu wegańskiego pożywienia, a na dalszym etapie podróży "nie wiadomo jak to będzie, umrę, o rany!", bo "na lotnisku w Dubaju na pewno jest tak drogo, że nie będzie mnie stać nawet na soczek" (co poniekąd okazało się prawdą, bo poszłam do baru ze świeżo wyciskanymi
Na lotnisku w Dubaju - mogę śmiało stwierdzić, że nie cierpię tego miejsca.
sokami, gdzie jeden nieduży kubeczek kosztował ponad 10 dolarów - w końcu napiłam się gazowanego syfu za pół dolara). W samolocie z Warszawy rzeczywiście nie bardzo miałam co jeść - do wyboru był kurczak i baranek. Mając nadzieję spożyć choć ryż dołączony do zwierza, poprosiłam o kurę. Niestety ryż był utytłany w sosie, zjadłam więc bułkę i krakersy i napiłam się wody. Na lotnisku w Dubaju, ponieważ mieliśmy na nim tkwić przez kilkanaście godzin, dostaliśmy od linii Emirates vouchery na jeden posiłek. Wybrałam więc warzywne biryani w indyjskim barze, podane przez Indusa mówiącego w moim ulubionym hindi-english. W samolocie do Erbil udało mi się zdobyć prawie wegańską strawę - pan z obsługi stanął na głowie i przyniósł mi tacę z owocami. Po lądowaniu w Kurdystanie jedzenie nie było już ważne, bo istotniejsze były widoki, pan kierowca, atmosfera, muzyka płynąca z głośników busa (choć "płynąca" to zbyt delikatne słowo), usilne próby ignorowania wszystkich zachowań pana kierowcy, który (takie było pierwsze wrażenie) ewidentnie chciał nas pozabijać. Bardzo dużo czasu spędziliśmy w busikach i z każdą wyprawą bałam się coraz mniej, a teraz tęsknię za moim kochanym Edgarem/Frankiem/Mańkiem, który jest najlepszym kierowcą na świecie.


Ulice kurdyjskich miast są bardzo kolorowe za sprawą ornamentów występujących wszędzie, pięknych (ze wszystkich budynków najpiękniejszych) meczetów i kobiecych strojów (które były osiem razy bardziej kolorowe w dni świąteczne), jednak najbarwniejszym miejscem, które udało mi się odwiedzić, był targ, na
którym można było kupić niemal wszystko, od oliwek, bananów, ciecierzycy, bobu i słonecznika, przez chińskie, indyjskie, tureckie i kurdyjskie szmatki, po żywe zwierzęta przeznaczone na ubój. Nieopatrznie trafiłam na uliczkę rzeźników, która była bardzo smutna. Chyba nikt tam nie płakał razem ze mną.

Pierwszego dnia wiosny byłam na pikniku, na którym świętowaliśmy nadejście 2713 roku. Tego dnia Kurdowie nie pracują, całymi rodzinami jadą nad rzekę, rozkładają dywany, rozpalają fajki wodne, jedzą, puszczają latawce i tańczą. Ktoś mnie tam poczęstował warzywnym gołąbkiem zawiniętym w liść winogronowy. Dobre to było, więc przywiozłam sobie do Polski całą puszkę tego specjału.
Jedzenie było niestety minusem wyjazdu - byliśmy karmieni codziennie tym samym, a weganie i wegetarianie mieli do wyboru niewiele. Świeżych owoców nie podawano, z warzyw w kółko pomidory, ogórki i oliwki, które, owszem, lubię, ale po kilku aplikacjach miałam ich dość. Do tego ryż, frytki, makaron. Kiedy pewnej kolacji spojrzałam świadomie na zawartość mojego talerza i znalazłam tam jedynie ryż, frytki i makaron, postanowiłam nie jeść wcale. Podawano też kurdyjskie chlebki nan, zwane przez nas ścierkami, które polubiłam i mam zamiar od czasu do czasu je piec. Na śniadanie bywała pyszna ciecierzyca, a jako że jestem od niej uzależniona, jadłam jej sporo. Wszystkożercy mieli trochę lepiej (choć też narzekali na rutynę), bo dostawali kubbeh z tradycyjnym mięsnym nadzieniem, mięsne i serowe trójkąciki w cieście filo, gotowane i pieczone
zwierzęta, jogurty, serki, ciastka z galaretką i miód.
Mimo wszystko kilka inspiracji przywiozłam, będę weganizować kurdyjskie potrawy i je tutaj prezentować.

Zwiedziłam Amna Suraka Museum, które znajduje się w byłym "tajnym" więzieniu w Sulejmanii. Za czasów
Sherwana Castle w Kalar
reżimu Saddama Husajna zamordowano tam wielu Kurdów. Miejsce jest przygnębiające, zwłaszcza że w ścianach nadal są ślady kul, można wejść do pomieszczeń, w których przetrzymywano i maltretowano więźniów, na dziedzińcu stoją czołgi i broń maszynowa.
Byłam też w Sherwana Castle, w którym znajduje się Garmiyan Museum. Niestety niczego niesamowitego się tam nie dowiedziałam, bo przewodnika nie było, a wystawione eksponaty, jeśli były podpisane, to w robaczkach. Pod Sherwana Castle mieliśmy występ, a publicznością były tysiące czarnowłosych i czarnookich mężczyzn, którzy piszczeli z radości, kiedy nasze dziewczęta na scenie kręciły piruety.
(Bo do Iraku poleciałam głównie pracować - grałam w kapeli Zespołu Pieśni i Tańca "Legnica".)



Ponieważ wszędzie było daleko, najwięcej zobaczyłam przez okna naszego busa. A widoki były cudowne. Pola, góry, wyschnięte rzeki, mnóstwo przestrzeni, wiosennej trawy, przydrożne kramy, osiołki, biedne
wioski z przepięknymi meczetami, słońce... Rewelacja!

Czuję duży niedosyt, bo liczyłam na to, że uda mi się więcej zwiedzić, więcej zobaczyć, więcej doznać. Przy tak odmiennym kraju tydzień (podczas którego odbywają się jeszcze koncerty) to zdecydowanie za mało i biorąc pod uwagę, że do Kurdystanu nie lata się tak, no, na co dzień, mam poczucie niewykorzystanego czasu. Może kiedyś będzie tam na tyle spokojnie i bezpiecznie, że uda mi się wybrać tam jeszcze raz, po mojemu.

5 komentarzy:

  1. Czytam Twój post z wielkim zaciekawieniem, opisujesz święto Nowego Roku w Kurdystanie, o którym właśnie pisał mi znajomy, poleciał przed kilkoma tygodniami do Erbil do rodziny, aby z nimi świętować.
    Osobiście jestem zauroczona ich kulturą, Kurdystan , Irak znam tylko ze zdjęć i opowieści znajomego Irakijczyka... chciałabym tam kiedyś się znaleźć.
    Pozdrawiam ciepło i cieszę się że tu trafiłam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Veganko :)
    smutny miałaś ten wyjazd. Tak to niestety bywa gdy jedzie się służbowo a nie tylko turystycznie. Dobrze, że mój zespół wybiera bardziej cywilizowane kraje na koncerty :)
    Pewnie schudłaś z braku pożywienia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Helou! :)
      Z tych opowieści blogowych faktycznie wyszedł mi dość smutny obraz wyjazdu, ale pewnie dlatego, że skupiam się tu raczej na stronie kulinarnej, która nie wypadła najlepiej. Mimo wszystko jestem zadowolona i miło wspominam pobyt w Kurdystanie, który wcale taki niecywilizowany nie jest. :) Bywało też bardzo wesoło, bywało i radośnie, tylko z braku miejsca musiałam skrócić opowieść do minimum. A że czuję niedosyt... Zawsze go czuję ;)

      Usuń
  3. 'Piękne to.. dziewczynki zamknięte w takim jak świnki siedzą' - pozdrowienia dla tej pani, co to powiedziała ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam do akcji "Wegańska Wielkanoc":
    vegespot.pl/akcje/46/weganska-wielkanoc

    Akcja opóźniona w tym roku, ale mimo tego zapraszamy do dodania Wielkanocnych przepisów wegańskich.

    Serdecznie pozdrawiam, i życzę Wesołych Świąt Wielkanocnych :)

    OdpowiedzUsuń

Ponieważ zmęczył mnie spam wysyłany przez pewnego zautomatyzowanego anonima (100-120 komentarzy dziennie!), włączyłam weryfikację obrazkową. Mam nadzieję, że Was to nie zniechęci do komentowania zawartości mojego bloga! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...