środa, 20 lutego 2013

Wegeburgery ze szpinakiem

Dziś bez jakiejś szczególnej opowieści. Opowieści zostawię sobie na weselsze czasy.

Składniki na 12 burgerów:
100g szpinaku
1 łyżeczka oliwy z oliwek
2 cebule
4 ząbki czosnku
150g ugotowanego kalafiora
2 kostki (360g) tofu naturalnego
1 łyżeczka chilli
1 łyżeczka curry
1 łyżka zmielonej kolendry
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
50g mąki pszennej razowej

W małym garnku zagotuj szklankę wody, wrzuć do niej szpinak i duś przez dwie minuty, po czym go odcedź i osusz. Na patelni rozgrzej oliwę, zeszklij na niej posiekaną cebulę i zmiażdżony czosnek, dodaj rozdrobniony kalafior, rozgniecione widelcem tofu, szpinak i przyprawy. Wszystko wymieszaj, przykryj pokrywką i smaż przez około 10 minut, od czasu do czasu mieszając. Zmiksuj tofu i warzywa na dość gładką masę, dodaj mąkę, wymieszaj, uformuj dłońmi burgery i wstaw je do lodówki na godzinę lub dwie. Smaż je na cieniutkiej (najlepiej rozsmarowanej pędzelkiem) warstwie oliwy aż nabiorą złotego koloru.

czwartek, 14 lutego 2013

Razowy figowiec, czyli ciasto bez cukru

Mimo że do ciasta nie dodałam ani grama cukru, jest cudnie słodkie. Wszystko dzięki nadzieniu z suszonych owoców. Użyłam mąki pszennej razowej (typ 2000), ale ze zwykłej pełnoziarnistej Lubelli też wyjdzie. Upiekłam je wczoraj na spotkanie z przyjacielem. Nie dotarł. Cóż.
Swoją drogą dzisiaj, po nocy, ciasto jest jeszcze lepsze, więc rekompensuje mi wczorajszy niewypał towarzyski. Tylko nie wiem, czy wolę jeść, czy się jedzeniem dzielić. Ot, dylemat.
Z podanych proporcji wychodzi mała blaszka ciasta.

Składniki nadzienia:
150g suszonych fig
150g suszonych moreli
150g suszonych śliwek
1 łyżka świeżo startej skórki pomarańczowej
1 szklanka wody

Składniki ciasta:
2 łyżki mielonego siemienia lnianego
2/3 szklanki mleka sojowego
1/4 szklanki oleju
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 3/4 szklanki mąki pszennej razowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli jodowanej

Owoce pokrój bardzo drobno i umieść w rondelku, dodaj skórkę pomarańczową i wodę, wymieszaj i gotuj na małym ogniu przez 25 minut, od czasu do czasu mieszając i w razie potrzeby dolewając odrobinę wody. Kiedy owoce (zwłaszcza figi) będą miękkie, odstaw je w chłodne miejsce, żeby wystygły. W tym czasie zmiksuj dokładnie siemię lniane, mleko sojowe, olej i ekstrakt waniliowy. Dodaj resztę składników i wyrób ciasto. Podziel je na dwie równe części, każdą z nich rozwałkuj między dwoma arkuszami papieru do pieczenia na kształt i wielkość blaszki. Blaszkę wyłóż papierem do pieczenia, na dnie ułóż rozwałkowane ciasto, rozprowadź na nim owocowe nadzienie i przykryj je drugą częścią rozwałkowanego ciasta. Gotowy figowiec wstaw na 20-22 minuty do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. 

wtorek, 12 lutego 2013

Ciasteczka bananowo-orzechowe

Jeszcze pyszne ciasteczka, których smak przypomina dzieciństwo. Szkoda, że nie ma dziś czasu, bo znów bym je sobie upiekła. :)

Składniki na 24 sztuki:
1 duży, dojrzały banan
1/3 szklanki oleju
1/4 szklanki cukru trzcinowego
1 łyżeczka cukru waniliowego lub ekstraktu waniliowego
3/4 szklanki mąki razowej
1/2 łyżeczki sody
1/3 łyżeczki cynamonu
2 szklanki płatków owsianych
3/4 szklanki rozdrobnionych orzechów włoskich

Banana umieść w dużej misce i bardzo dokładnie rozdrobnij widelcem. Dodaj olej, cukier trzcinowy, cukier lub ekstrakt waniliowy i połącz (może być tym samym widelcem). Przesiej mąkę, sodę i cynamon, wsyp płatki owsiane i wyrób ciasto ręką. Na końcu dodaj orzechy i ponownie wszystko połącz. Gotowe ciasto nabieraj łyżką, uformuj okrągłe ciasteczka i ułóż na blaszce wyłożonej papierem. Piecz przez 10-12 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Gulasz z jarmużu i soczewicy

Ponieważ zdobycznego jarmużu zamówiłam całe mnóstwo (zajmował pół półki w lodówce), oprócz koktajli wykorzystałam go do gulaszu, który był tak dobry, że jadłam go na śniadanie, obiad i kolację. Między posiłkami też. :)





Składniki na 4 porcje:
1 duża cebula
1 łyżka oliwy
200g jarmużu
3 ziemniaki
1/2 szklanki czerwonej soczewicy
2 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
1 gałązka rozmarynu
1 łyżeczka ziół prowansalskich
1/2 łyżeczki pieprzu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej 
sok z 1 dużej cytryny
sezam do posypania

Cebulę pokrój w grubą kostkę i podsmaż na oliwie w sporym garnku o grubym dnie. Kiedy się zeszkli, dodaj pokrojony w paski jarmuż, pokrojone w kostkę ziemniaki i soczewicę (surową i suchą), zalej wodą, dodaj zioła i przyprawy, wymieszaj i gotuj pod pokrywką na małym ogniu przez 20-25 minut, od czasu do czasu mieszając. W razie potrzeby dolej więcej wody. Kiedy ziemniaki i jarmuż będą miękkie, wyłącz gaz, wlej sok z cytryny, i wymieszaj. Przed podaniem posyp gulasz sezamem.

Smoothie z jarmużu i kiwi

Uważam, że jarmuż jest absurdalnie trudny do zdobycia w normalnych, warzywniakowych warunkach. Kiedy kilka miesięcy temu zapytałam pana Rysia, czy mógłby mi to warzywo przywieźć z giełdy, okazało się, że nawet tam nie znalazł, a jako jarmuż sprzedaje się tam jakąś ozdobną pietruszkę. W końcu udało mi się go zdobyć, a do mojego domu dotarł przy pomocy kuriera... Skandal! ;)
Najwięcej zrobiłam z niego koktajli śniadaniowych z różnymi zestawami owoców. Jeden z nich to smoothie z kiwi.

Składniki na 2 duże porcje:
5 liści jarmużu
2 kiwi
1 jabłko
1 duży banan
1 łyżka siemienia lnianego
1 szklanka wody

Wszystkie składniki umieść w blenderze i zmiksuj bardzo dokładnie. W razie potrzeby dodaj więcej wody.

piątek, 8 lutego 2013

Coś Wam opowiem

Niechętnie patrzę na swoje zdjęcia sprzed 2,5-3 lat. Do tej pory nikomu ich nie pokazałam, nawet najbliższym przyjaciołom. Chciałam o nich zapomnieć, tak jak powoli zapominam o balaście i problemach z nim związanych. Jednak wydaje mi się, że nadszedł czas, w którym jestem na tyle silna, żeby nie tylko pokazać siebie, ale też opowiedzieć Wam swoją historię. Ku przestrodze i na dowód, że można dokonać niemożliwego.

We wrześniu 2009 roku zrezygnowałam ze studiów, bo czułam, że jeśli jeszcze przez chwilę zostanę w Łodzi, to albo zwariuję, albo umrę. Myślę, że nikt lub prawie nikt mnie wtedy nie rozumiał, bo przecież został mi "tylko rok", bo przecież "wzięłabym się do roboty i bym dała radę". Otóż nie. Nie dałabym rady. Za nic. Wróciłam więc do domu i zamknęłam się w czterech ścianach. Rzadko wychodziłam, rzadko widywałam się z ludźmi, nie pracowałam. Zapisałam się do szkoły policealnej na kierunek "logistyka", ale wytrzymałam w tej szkole tylko 1,5 godziny i zwiałam. Głównymi zajęciami mojego ówczesnego życia było jedzenie (a właściwie wpychanie w siebie jedzenia) i oglądanie bollywoodzkich filmów. Przestałam się ruszać, przestałam patrzeć w lustro, powoli zamieniałam się w Nikogo.
Doprowadziłam wtedy swoje ciało i umysł na skraj wytrzymałości. Przy wzroście 163cm ważyłam 90kg. Nabawiłam się nadciśnienia tętniczego (a miałam wtedy 23-24 lata!), problemów z oddychaniem, byłam ciągle zmęczona, bo miałam problemy ze snem. Moje stawy przestały sobie radzić z obciążeniem - prawe kolano do dziś chrobocze, w lewym czułam ból. Wszystkie stawy mi strzelały przy najmniejszym ruchu.


Taki stan trwał przez rok. Czułam się źle, choć wiem, że ten rok był mi bardzo potrzebny, bo czasem trzeba sięgnąć dna, żeby w końcu zdać sobie sprawę z problemu.
Wtedy zdarzył się cud. Dostałam szansę od ludzi, od których nie spodziewałam się pomocy. Zaproponowano mi pracę w szkole. Nie miałam wymaganego wykształcenia, więc dostałam też warunek - mogę pracować, jeśli się ruszę, wyjdę z domu i wrócę na studia. Mimo wszystkich wątpliwości, mimo strachu, że znów mi się nie powiedzie, postanowiłam z tej pomocy skorzystać. Przygotowałam się do egzaminu, zdałam na wrocławską uczelnię. Zaczęłam znów spotykać ludzi, wśród których znalazł się ktoś, kto zaczął być dla mnie ważny. Spojrzałam wtedy w lustro i dostrzegłam to, kim się stałam, jak wyglądam i jak bardzo źle się z tym czuję. W swoje 24. urodziny postanowiłam, że muszę schudnąć 10kg, żeby Ten Ktoś nie patrzył na mnie jak na spasionego potwora, żebym ja nie patrzyła na siebie w ten sposób.
Przy pomocy jednego z portali poświęconemu dietom odchudzającym ustaliłam nowe zasady odżywiania. Na początku była to dieta mięsna, ale z dużą dawką błonnika, polegała na bardzo regularnym (z zegarkiem w ręku) spożywaniu posiłków o obniżonej kaloryczności. Efekty były natychmiastowe - w ciągu pierwszych 2 tygodni udało mi się schudnąć 5kg. Od razu poczułam się jak seksbomba ;) Nie uprawiałam żadnego sportu, bo nie umiałam, nie miałam na tyle samozaparcia ani energii na to. Chodziłam codziennie na długie spacery, bo w końcu miałam z kim i dla kogo wychodzić. Na początku grudnia 2010 roku (czyli po nieco ponad miesiącu diety) postanowiłam porzucić mięso. Miałam już wcześniej doświadczenia z wegetarianizmem, więc nie było to dla mnie wielkim wyzwaniem. Nie umiałam w ogóle gotować, ale bardzo się starałam. Nadal jadłam o bardzo stałych porach, ostatni posiłek był zawsze o 18, a chodziłam spać po 2 w nocy. I chudłam. Systematycznie, skutecznie i bez efektu jojo. 
Zaczęłam czuć się coraz lepiej, wymieniłam ubrania, które z rozmiaru 44-46 zeszły do 40-42. Jednak patrzyłam w lustro i nie zgadzało mi się to z cyferkami i wynikami podczas porannego ważenia. Nadal widziałam dawną otyłą mnie. Zrozumiałam wtedy, co czują anorektyczki, choć anoreksja nigdy mi nie groziła i nadal nie grozi. 
W maju 2011 roku ważyłam 72kg, czyli o 18kg mniej niż przed sześcioma miesiącami. Myślałam wtedy, że już dość, bo i tak jest dużo lepiej niż zamierzałam. Zrzuciłam jeszcze dwa kilogramy i waga się zatrzymała. Byłam z siebie dumna, wiedziałam, że efekty są piorunujące, bo ludziom, których spotykałam pierwszy raz po długiej przerwie, opadały szczęki z wrażenia. Było lepiej niż kiedykolwiek. 
Kiedy od dłuższego czasu moja waga i wymiary były stabilne, w moim organizmie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z byle powodu zaczęłam mdleć, po kilka razy dziennie, w bardzo różnych, nie zawsze sprzyjających mdleniu, okolicznościach. Ganiałam po lekarzach, zbadałam krew (wyniki były idealne), byłam u neurologa, kardiologa, endokrynologa i u wszystkich innych "logów". Nikt nie był w stanie mi pomóc. Doszło do tego, że zaczęto mnie podejrzewać o epilepsję, więc wykonano mi badanie EEG, które niczego niezwykłego nie wykryło. Do dziś nie wiadomo, dlaczego wtedy mdlałam. 
Trafiłam w końcu do ginekologa, bo każdy (KAŻDY!) lekarz podejrzewał, że jestem w ciąży. Oczywiście nie byłam, ale w końcu wyszedł jakiś niepokojący wynik - cytologia na III. Lekarz powiedział, żeby się tym nie martwić, absolutnie, że poczekamy jeszcze trochę i powtórzymy badanie, ale nie martwimy się tym, o nie. Więc się nie martwiłam. Nie leczyłam, zapomniałam.
W lipcu 2011 roku pojechałam na koncert Sistars na Opener. Natalia Przybysz i jej brzuch (o czym tu już nie raz, nie dwa pisałam) spowodowali, że z dnia na dzień stałam się weganką. Myślałam o tygodniu, góra o dwóch, bo przecież moja dieta składała się głównie z sera i jogurtu. Po miesiącu stwierdziłam, że jakoś tych serów i jogurtów mi nie brakuje. Stopniowo uczyłam się korzystać z dobrodziejstw owoców i warzyw. Znalazłam stałe źródło tofu i strączków. Pod koniec sierpnia ruszył ten blog. I działa nadal.



Dziś ważę 61kg. Pozbyłam się 29. Noszę ubrania w rozmiarze 36. Mam mnóstwo energii, mniej problemów z cerą, ciśnienie w okolicach 110/75, idealne wyniki badań krwi i moczu. Przestałam mdleć, nie miewam bólów głowy. Nowe wyniki cytologii: II (czary-mary). 
A jem nieograniczenie. Ciągle jem. Przez całą dobę jem i się nie ograniczam, bo już nie muszę. Nie zanotowałam efektu jojo, czasami zauważam efekt bungee ;) Cieszę się z tego jak wyglądam i kim teraz jestem. Mam czyste sumienie i czysty organizm.
W międzyczasie zrobiłam licencjat, teraz jestem na studiach magisterskich. Dostałam pracę w drugiej szkole, w obu mam osiągnięcia. Dzięki temu, że zostałam zmobilizowana i ruszyłam w końcu do przodu, grałam sympatyczny job w Holandii, za miesiąc lecę na podobny do Iraku, a w maju - do Gruzji. 
Dostałam od Losu szansę i z niej korzystam. Ludziom, którzy mi w tym pomogli, bardzo dziękuję!

wtorek, 5 lutego 2013

Babeczki pomarańczowe

Kocham je niezmiennie. Mają wewnątrz pomarańczowe budyniowe nadzienie, a na wierzchu dżem pomarańczowy. Można je jeszcze polać rozpuszczoną w mleku sojowym ciemną czekoladą lub wysmarować kokosową pianką.
Z podanych proporcji wychodzi 12 babeczek.




Składniki na budyniowe nadzienie:
3/4 szklanki mleka sojowego
1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
3 łyżki mąki z tapioki lub ziemniaczanej
2 łyżki cukru trzcinowego
1 łyżeczka cukru waniliowego lub ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka świeżo startej skórki pomarańczowej

Składniki na ciasto:
1/3 szklanki oleju
1/3 szklanki cukru trzcinowego
3/4 szklanki mleka sojowego
1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
1 łyżeczka cukru waniliowego lub ekstraktu waniliowego
1 1/3 szklanki mąki pełnoziarnistej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
1 łyżka świeżo startej skórki pomarańczowej

dżem pomarańczowy

Wszystkie składniki budyniu umieść w małym garnku o grubym dnie, zmiksuj, zagotuj (uważając, żeby się nic nie przypaliło) i na maleńkim ogniu doprowadź do zgęstnienia, cały czas mieszając. Kiedy nadzienie będzie gęste, odstaw je do wystygnięcia. W misce umieść olej, cukier trzcinowy, mleko sojowe, sok pomarańczowy i cukier lub ekstrakt waniliowy i zmiksuj robotem ręcznym. Dodaj przesianą mąkę, proszek do pieczenia, sodę i sól, wsyp skórkę pomarańczową i ponownie zmiksuj. Gotową masę umieść w papierowych foremkach do muffinek i wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 20 minut. Po tym czasie wyjmij babeczki, poczekaj aż dobrze wystygną, zrób w każdej dziurę palcem i nadziej je budyniem (warto zaopatrzyć się w rękaw do dekoracji ciast, wtedy ta czynność będzie dość łatwa). Na wierzchu umieść łyżeczkę dżemu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...