wtorek, 7 sierpnia 2012

Wegańska Holandia

Kiedy dostałam propozycję wyjazdu do Holandii, zgodziłam się bez zbędnego zastanowienia. Nigdy wcześniej tam nie byłam, więc chętnie wykorzystałam okazję. Ponieważ miałam tam pojechać w charakterze członkini ludowej kapeli, zajęłam się spisywaniem nut, ćwiczeniem i uczestnictwem w próbach.
Chwilę przed wyjazdem wpadłam w małą panikę. Holandia jest przecież krajem mięso i serożernym. Co, wobec tego, ja tam będę jeść?!
Zaopatrzyłam się w zapasy i gotówkę, w razie, gdybym miała przymierać głodem. 1/3 objętości mojej walizki zajmowało żarcie. Okazało się jednak, że mój bagaż jest zdecydowanie za ciężki, więc wyrzuciłam z niego jedzenie, wzięłam więcej gotówki i wyruszyłam.
Jak to bywa w zupełnie nowym środowisku (a zespół taneczny, z którym pojechałam, był mi całkiem nieznany), informacja o moim sposobie żywienia okazała się sensacją. Ludzie pytali, dziwili się (albo i nie), była też oznaka zmartwienia o moje zdrowie i życie, a także zrobiono mi małą awanturę o dojenie krów (bo ludzie nadal myślą, że krowa sama daje mleko i że musimy ją doić, bo inaczej będzie cierpieć). Kwestia weganizmu urosła do problemu, który we mnie również rósł i podsycał strach o losy mojego żołądka.
Margriet, Henk i ja
Razem z moją współlokatorką (która, swoją drogą, też stosuje "dziwną" i "niezrozumiałą" dla ogółu, ale nie dla mnie, dietę) zostałam zakwaterowana u Margriet i Henka - holenderskich emerytów z Westerbork. Kiedy pierwszy raz usiadłyśmy do stołu, okazało się, że wszystkie obawy były całkowicie niepotrzebne, bo nasza gospodyni jest wegetarianką! Ja zaczęłam niemal piszczeć z radości, a Margriet ucieszyła się, że w końcu ma wegetariańskich gości i że nie będzie musiała przygotowywać tony mięsa. Mój zachwyt był ogromny i można powiedzieć, że jej zupa grzybowa zabielana śmietaną sojową wzruszyła mnie ogromnie (zwłaszcza że była przepyszna). 
Następnego dnia okazało się, że wegetarianizm mojej gospodyni to nie koniec miłych niespodzianek. 
Henk i Margriet mieli ekologiczną farmę. Najpierw hodowali krowy, potem owce, następnie warzywa i owoce, żeby w końcu zająć się uprawą konopi. 
Henk na polu konopi (ubrany w odzież wykonaną z tej rośliny)
Te ostatnie są wielką miłością gospodarza. Pokazał nam książki o konopiach, zrobił pokaz mody, jego małżonka opowiedziała nam o zdrowotnych właściwościach tej rośliny. Czterdzieści tysięcy różnych zastosowań konopi przekonało mnie o ich cudowności. Zorganizowano dla nas trzy wycieczki - jedną na pole pełne konopi (dostałyśmy tam w prezencie po gałęzi zioła, ale bałyśmy się je zabrać do Polski), drugą na ekologiczną działeczkę z warzywami, a trzecią - do Emmen, gdzie odwiedziłyśmy ogromny, ekologiczny sklep ze zdrową żywnością. Jak dla mnie, były to cudowne wycieczki.
Nasi gospodarze mają przewodnik po Europie, wskazujący biologiczne farmy. Mają o nich mnóstwo książek, a w jednej z nich znajduje się artykuł o ich własnej farmie, są w niej zdjęcia ich sklepu z warzywami, kawiarni i sali konferencyjnej. Ich syn również jest biologicznym farmerem i to w Polsce, koło Słupska.
Ta rodzina sprawiła, że czułam się jak wniebowstąpiona. ;)
Wracając do jedzenia: oprócz zupy grzybowej, Margriet ugotowała nam zupę z bakłażana, ratatouille z bakłażana, specjalnie dla mnie smażyła tofu w różnych smakach. Były surówki, potrawa z fenkułu, wegańskie i bezglutenowe naleśniki z bananami, a z okazji wspólnego, polsko-holenderskiego bbq, pieczone ziemniaczki z suszonymi pomidorami. Jeść, nie umierać!
Myślę, że stopniowo będę jej potrawy tutaj umieszczać. Czekam tylko na mail z przepisami, bo w przedwyjazdowym pośpiechu nie zdążyłam się w nie zaopatrzyć. 
W prezencie pożegnalnym dostałyśmy nasiona chia, o których jeszcze niewiele wiem, ale jeszcze się dowiem, nasiona konopi jako suplement diety (świetne źródło omega-3 i -6) oraz po słoiczku dżemu rabarbarowego z imbirem. Dodatkowo kupiłam wegańskie odpowiedniki tradycyjnych holenderskich słodyczy, białą czekoladę na mleku ryżowym (jest niebiańska!) i batonik z ziarnami konopi. Jeśli uda mi się taki zrobić w domu, na pewno moi drodzy czytelnicy się o tym dowiedzą. ;)

Wakacje w Holandii były rewelacyjne, bardzo tam wypoczęłam, świetnie jadłam, poznałam rewelacyjną rodzinę, do której się mocno przywiązałam.

Jak już wcześniej wspominałam, pojechałam tam z grupą taneczną i z kapelą. Polaków też bardzo polubiłam, z niektórymi członkami zespołu się zżyłam. Jeśli to teraz czytacie, chcę Wam bardzo podziękować! Mam nadzieję, że to nie był nasz ostatni wspólny wyjazd!

Na koniec jeszcze przedstawiam Wam nagranie jednego z naszych występów. Tam z tyłu, w kapeli, siedzę ja i mój akordeon. Miłych wrażeń życzę!



7 komentarzy:

  1. O ja ! Zazdroszczę Ci ! i Ciesze się ,że poznalas takich fajnych ludzi ! Cudowny zbieg okolicznosci ze tak jedza :) Holandia to cudowny kraj :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Występ super, śliczna spódnica :) Och, jakże ci zazdroszczę tej czekolady. To będzie mój pierwszy zakup w jakimś cywilizowanym kraju.
      Henk też jest wegetarianinem? Świetnie jest znaleźć wege-ludzi w tym wieku, jeszcze się z tym nie spotkałam.
      Chia jest fantastyczna, mam tyle zapisanych przepisów, żeby ją wykorzystać, ale u nas można ją kupić tylko przez internet :(

      Usuń
    2. Henk nie jest wegetarianinem, ale nie jest też typowym mięsożercą, który umrze, jeśli nie dostanie na talerzu padliny. Jednego dnia ze współlokatorką i z dwiema koleżankami, które mieszkały u sąsiadki Margriet i Henka, postanowiłyśmy same coś ugotować. Obiad składał się z zupy, dania głównego i deseru, cały był wegański. Henk wziął dwie dokładki i powiedział, że było pysznie :)
      Okazało się w ogóle, że w Holandii wegetarianizm jest całkiem powszechny. Weganizm chyba też, biorąc pod uwagę wybór produktów wegańskich dostępnych w zwykłych marketach. W każdym można dostać mleko roślinne (było też z quinoa), tofu w kilku smakach, wegańskie gotowe dania mrożone, mnóstwo produktów z Alpro. Spora część Holendrów stosuje dietę bezglutenową i nie jest to traktowane jak dziwactwo. W restauracjach, a nawet małych barach w wioskach, w kartach są oznaczone dania wegetariańskie i bezglutenowe.
      Chia, w porównaniu z cenami w polskich sklepach internetowych, jest tam tania. Za 500g trzeba tam zapłacić około 6 euro, tutaj za 400g około 40zł. Najbardziej mnie ciekawi, czy da się z tego wyhodować jadalne kiełki :)

      Usuń
    3. U nas konopi w ogóle nie można dostać,z tego, co widzę :( Chia, na szczęście, tak.
      Może Henk się już przyzwyczaił, tyle lat żyjąc z Margriet :) I bardzo dobrze!
      Cieszę się, że się tak udał ten wyjazd.
      Ściskam i pozdrawiam

      Usuń
  2. Rewelacyjne wakacje i małżeństwo. Czekam na przepisy od Margriet !

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale niespodzianka! na takim blogu znaleźć takie klimaty"))). SUPER. Zawsze z radością odlądam takie kapele. Może dlatego, że 50 lat przemieszkałęm w miastach, a dopiero od kilkunastu mieszkam na wsiach. Jak zacząłem mieszkać na wsiach to przeszedłem na wegetariańskie jedzenie, a od 2 lat jestem weganinem i w cale nie mieszkam w Holandii, lecz w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Vegan Monkey, w tej Holandii to miałyśmy naprawdę fuksa. Niektóre osoby trafiły do rodzin gdzie posiłki nie były tak zdrowe. Często po prostu kupione gotowce z milionem barwników, konserwantów i innych dobrodziejstw. Fuj. A to z braku czasu niestety. No nie wiem, ja tam jakoś czas znajduję na upichcenie czegoś na drugi dzień.

    OdpowiedzUsuń

Ponieważ zmęczył mnie spam wysyłany przez pewnego zautomatyzowanego anonima (100-120 komentarzy dziennie!), włączyłam weryfikację obrazkową. Mam nadzieję, że Was to nie zniechęci do komentowania zawartości mojego bloga! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...